23 stycznia czyli dokładnie w 32 rocznicę pewnego niepozbawionego konsekwencji wydarzenia, przestanie działać domena gabsu.

gdyby ktoś nadal był zainteresowany śledzeniem niniejszych nudnych i ponurych wypocin to zapraszam na: gabsu.robal.org

bardzo serdecznie dziękuję sponsorowi bloga <3

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

muszę sobie opowiedzieć tę historię, żeby ją dobrze zapamiętać.

prawie dokładnie dwa tygodnie temu miała miejsce awantura w pracy, którą strasznie przeżyłam. awantura była między mną a nowym kierownictwem, które zastąpiło njnbmtsz (nigdy-już-nie-będę-miała-takiego-szefa). w sumie głównie zawiniłam ja sama, idąc na spotkanie tak jakbym szła do njnbmtsz, czyli spodziewając się partnerskiej rozmowy, porad, entuzjazmu. tymczasem zderzenie ze ścianą, tak mocne, że popłakałam się w salce po wyjściu. nad generalnie, kurwa, rozczarowaniem. potem musiałam jeszcze porozmawiać z moim nowym szefem twarzą w twarz, żeby trochę załagodzić sytuację, bo jednak mimo wszystko chciałabym mieć hajs na moje wegańskie wymysły i jogę, co nie.

ale trochę histeryzowałam, cały tydzień przerabiałam sytuację w głowie po pracy, przed snem i w ogóle wielki czerwony sygnał i syrena alarmowa „STRES! STRES! STRESSSS!”. zrobiłam jakiś tam plan akcji, że trzeba porozmawiać z njnbmtsz, albo eskalować jakoś gdzieś drogą okrężną (ha-ery), a w ogóle to natychmiast szukać innej pracy. okazja nadarzyła się bardzo szybko, dwa tygodnie później, choć już idąc porozmawiać wiedziałam, że nic z tego nie będzie. natomiast pewne drzwi zostały uchylone. jak mawia njnbmtsz, drzwi można otwierać, ale nie trzeba przez nie przechodzić.

w sumie to jest piękne stwierdzenie, które odnosi się do wielu, wielu spraw w życiu. chciałabym jemu, temu mądremu człowiekowi, który był niezastąpionym szefem, wyjeść mózg łyżeczką jak na hannibalu. tak bardzo.

no i pointa historii jest taka, że:

  • dzisiaj te drzwi uchyliłam, a do warszawy przyjechał też dzisiaj ten kolega, który zawrócił mi w głowie w danii; i potrafię się cieszyć, że jednak nic. że mogę dzisiaj siedzieć w domu, jarać jak świnia i pisać bloga. bo przecież, do kurwy, nikt mi nie stoi nad głową i nie każe nic robić. ani nie zakazuje. jestem dorosła i jestem odpowiedzialna za wszystko co robię i za wszystkie moje decyzje (choć chciałabym nie).
  • dzisiaj też po powrocie do domu tę kartkę z planem, który wypisałam, po prostu zdarłam ze ściany (bo se ją nakleiłam na kalendarz), zmięłam w kulkę i wyrzuciłam do kosza. i nie zrobię nic.
  • innymi słowy: niektórzy ludzie potrzebują 20 minut, żeby zareagować właściwie. niektórzy 2 dni. A JA DWA TYGODNIE, pozdrawiam i polecam.

(ps. w związku z tym, że dawno nie było notki i trudno stwierdzić kiedy znowu będzie, podrzucam wam rozkminę z wczoraj: gdyby moje życie było książką, to jakim bohaterem bym był?)

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

mam taki problem, że jak mam problem, to chciałabym go NATYCHMIAST rozwiązać. a to guwniane gunwo trzeba rozegrać. trzeba wyczekiwać na każdy ruch jak w szachach. tymczasem cierpliwość, umiejętność odraczania jest niewiarygodnie trudną umiejętnością, chyba najtrudniejszą rzeczą jaką muszę w sobie rozwinąć.

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

znowu przeklęty kac po adrenalinie. głowa pęka od wrażeń, informacji i przemyśleń. leżę na łóżku i boleśnie zdaję sobie sprawę jak ciężko jest wstać i nakurwiać kolejny raz bez nich – bez „życiowo isotnych facetów”, właściwie dowolnego z nich i wszystkich razem. wiem, że to tylko taki krótki moment, gdy pozwalam sobie na użalanie. zaraz wstanę i będę odpowiedzialna, zorganizowana i godna zaufania. accountability yes, yes! a przecież od ponad miesiąca jest doskonale, i jest tak między innymi dlatego, że jestem sama i zaakceptowałam to. bardzo to krucha równowaga, z której może wytrącić cię pijany facet na imprezie firmowej, po roku rozważania „czy to tylko ja, czy to tylko w mojej głowie”. no i jest chemia, jest super, wystarczy. więc trzeba wstać bez niego teraz, skalibrować się na życie w pojedynkę, pracę, gotowanie, jogę, pracę, gotowanie, jogę, pracę. rozważania nie trwają długo, to znaczy, że jest spokój w głowie. wstaję, jestem dorosła. i nie chcę kłopotów. nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka, albo codzienna walka i duma z niezależności, albo rzeźbienie w czyimś odmiennym pojmowaniu przyjaźni, wsparcia i zaangażowania. i jeszcze pewnie paru innych konceptów.

it’s the way i am feeling, i just can’t deny
but i’ve gotta let it go

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

no i stała się jakaś magia, magia alkoholizacji i dobrego towarzystwa. nagle zmartwychwstałam i zrobiłam masę pożytecznych rzeczy, m.in. sprawdziłam, że samochód żyje. nie spodziewałam się niczego innego, bo to wierny samochód.

teraz leżę i nie mam już nic więcej do roboty. to był bardzo dobry dzień, dobry weekend. ta niedziela ma dwanaście godzin i zawiera sekundy szczęścia. zawiera też ten szczególny moment, gdy nie chcę być sama. nie chcę być sama przez trzy minuty od 22:05 do 22:08 w trakcie których rozważam, że jedynym rozwiązaniem byłoby wyjąć właśnie teraz pilota i włączyć androida schowanego w szafie, żeby mnie pocieszył, a następnie znudzić się i go wyłączyć.

leżę. nic mnie nie boli. z głośników leci bardzo dobra muzyka, jest dużo dobrego jedzenia. zasłony są uchylone tylko tyle, by dawały świadomość istnienia śwata zewnętrznego. jest listopadowy wieczór, większych wymagań wobec tegoż świata nie należy mieć, bo po co pamiętać mocniej, że jest ciemno i zimno i tak będzie przez kolejne pół roku.

i jest znów stan, że czegoś mi się chce i nie bardzo pomaga przeglądanie dostępnych opcji w głowie. seks? jeść? pić? serial? porozmawiać z kimś? narkotyki? spać? poczytać? serial? na pewno nie serial? odłóż ten telefon. chwila całkiem poważnego rozmyślania czy nie lepiej byłoby mieć starej cegły zamiast smartfona i że koleżanka renaty wydała całą książkę bez jednej dużej litery.

jak to jest, że ludzie, którzy chcą mieć lub już mają dzieci mają całkiem wyjebane na to, że te dzieci mogą nie mieć warunków do życia bo ich rodzice i dziadkowe chcieli tylko czerpać z życia przyjemności?

a ludzie, którzy dzieci nie mają i mieć nie będą wkładają dużo wysiłku, żeby żyć mądrze i rezygnować z własnych chwilowych korzyści dla dobra innych – zwierząt, ludzi, środowiska?

i wciąż nas za mało, i tak wszyscy mamy przesrane. może jednak się poddać? bardziej kusi mnie jednak co jakiś czas myśl, żeby po prostu zmienić totalnie otoczenie i towarzystwo. odciąć się zupełnie i zniknąć, wyjechać ratować słonie w afryce. gdybym tylko wiedziała, że podołam temu ze swoim zdrowiem, to bym się właśnie pakowała. wiem, że wspieranie dobrych rozwiązań swoim zarobionym hajsem też jest potrzebne, żeby ten biznes się kręcił, ale czasem jest tak ciężko i tak smutno i tak samotnie.

ja wiem, że tak naprawdę nie ma wyjścia i jeśli chcemy przetrwać jako rasa ludzka to rację mam ja i to wszystko po prostu się zmieni. tylko że ja tego nie dożyję. no nic, trudno, nie dożyję też androidów w szafie i lających automatycznych tesli.

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

straszny mam problem z tym, że wszelkich ważkich przemyśleń muszę dokonywać wiele razy i nic a nic się z nich nie uczę, chociaż w momencie gdy przychodzą mi te ze wszech miar słuszne i sprawiedliwe mądrości do głowy, to brzmią w niej co najmniej niczym proroctwa lub objawienia.

no ale potem zupełnie się do nich nie potrafię zastosować i wracam do punktu wyjścia. zawsze wydaje mi się, że zapisywanie pozwoli mi lepiej wcielać je w życie, ale są to tak wielopiętrowe wątki, że nijak nie potrafię ich streścić. czasem myślę, że to wszystko tak naprawdę dałoby się zamknąć w ziarnie sezamu, że to jest tak jakby doświadczenia przelatywały przeze mnie jak cyferki w matriksie. myślę, że to zdanie ma sens tylko dla mnie, ale postaram się wyjaśnić. dlaczego ziarno sezamu? poza tym, że sezam to tzw. superfood, zwłaszcza dzięki zawartości wapnia, to poza tym sezam akurat zupełnie bez powodu. bo jest mały. bo wszystkie te wielogodzinne rozważania sprowadzają się zwykle do bardzo skromnych i oczywistych wniosków. a wszystkie te skromne wnioski zazębiają się i intuicja podpowiada mi, że mają jakiś prosty wspólny rdzeń, ot takie ziarno sezamu.

a cyferki w matriksie? bo gdyby tak każdą sytuację i decyzję przepuścić szybko przez filtr tych przemyśleń oraz trzydziestu lat doświadczeń życiowych (jednak bardzo różnych i często w sumie trudnych i przykrych), to w większości przypadków dałoby się postąpić słusznie. naprawdę nie trzeba impulsywnie popełniać kretyńskich błędów, to tylko kilka sekund trzeźwej oceny sytuacji i można postąpić mądrzej, lepiej.

tylko niestety nudniej.

zawsze sobie muszę wszystko tak zesrać i skomplikować, żeby nie było za prosto, bo się nudzę.

nieprawda, że inteligentni ludzie się nie nudzą. gówniane, wierutne kłamstwo.

najmniej nudzę się własnymi przemyśleniami, tylko niestety bardzo frustruję ich bezproduktywnością. na to ziarno sezamu nakładam jakąś niewiarygodną ilość warstw czegoś, mnie samej, no i wszystko się komplikuje.

a tak naprawdę w tym wszystkim chodzi wyłącznie o to, żeby być szczerym ze sobą i nie bać się oceny. tylko i aż.

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

wtem! następuje oświecenie, doznanie prawdy ostatecznej, która jest tak prosta, że pewnie pojmuje ją już dziecko w przedszkolu. ale niektórym potrzeba do tego trochę więcej doświadczeń życiowych.

objawiona prawda brzmi tak, że jeśli się posiada wielu wspaniałych przyjaciół, jeśli się o nich próbuje dbać, to jebać bycie singlem.

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

dobry borze, dlaczego zabierasz mojego menadżera? dałeś nam 11 dobrych miesięcy, w zdrowiu, spokoju i szczęśliwości, za to ci dziękuję. ale kurwa mać czy naprawdę musiałeś zesłać tę szwecką pizdunię z wielkim cycem zamiast niego? niby to byłaby przysługa, gdyby mnie zwolniła, bo siedzę w ciepłym kurwidołku i codziennie walczę ze sobą. może mogłabym jednak otworzyć wegański bar w jakimś średniej wielkości włoskim miasteczku, gdzie po zmroku przychodziliby lokalsi na polską wódkę i oszukane pierogi?

wstawałabym sobie o 4 rano, grzebała się jak zwykle i nienawidziła swojego życia, po czym po pierwszym uderzeniu kofeiny do mózgu świat nabierałby kolorów i wsiadałabym na vespę czy inny rower i jechała na targ po świeże warzywa. spacerowałabym, negocjowała cenę przekrzykując się po włosku, wybrzydzała, rozmawiała z sąsiadami. potem w swoim małym lokaliku mogłabym ostrożnie, by nie powiększać kolekcji blizn, kroić i przygotowywać wszystko na otwarcie. potem poszłabym poćwiczyć jogę a w porze obiadu zaczęła obsługiwać pierwszych gości. wieczorem w piątki i soboty można by serwować alkohol a w  pozostałe dni zamknąć interes i pójść ponakurwiać przed snem tajskim boksem w jakiś worek lub włocha.

przyjeżdżaliby znajomi, bo wszystko oczywiście dzieje się w pięknej, nadmorskiej scenerii a ja nie mam problemów finansowych bo nikt nie chce wpierdalać wegańskich pierogów, mam za to mnóstwo energii i końskie zdrowie.

hej, marzenia, co ja bym bez was…?

zwolnij mnie pizdo, albo zaleź mi za skórę w dowolny sposób, I DARE YOU BITCH. nie zadziera się z gabsu v2.1.

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

trudno powiedzieć jak i kiedy to się stało, ale chyba jestem już wersją 2.1. beta release. myślę że w dużej mierze zawdzięczam to weganizmowi i byciu nieustannie prowokowaną i ocenianą z tego powodu, także przez moich najbliższych, albo zwłaszcza przez nich.

na upgrade wskazuje fakt, że potrafię czasami wyprzedzić świadomością automatyczną reakcję na stan wzburzenia emocjonalnego. udało mi się kilka razy zdać sobie sprawę z faktu, że jestem zdenerwowana i powstrzymać się od słownej sprzeczki czy innej formy wyładowania. mam wrażenie, że jestem trochę mniej spięta. częściej decyduję się na podjęcie ryzyka, bo w mniejszym stopniu się stresuję nieprzewidywalnymi sytucji. miej wyjebane, a będzie ci dane! wersja dopiero 2.1. bo to długa i wyboista ścieżka.

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn

drugie piwo z rozpaczy po szefie. jeszcze rok nie minął odkąd mnie zatrudnił a już spierdala! zamiast pożegnania rozmowa, w trakcie której mowa ciała nie pozostawia złudzeń czyli „gdybym mógł, to bym cię dotknął”. i deklaracje, dużo emocji, prawie łzy. pieszo godzinę do domu żeby ochłonąć, dwa piwa. nigdy więcej nie będzie takiego szefa, nie wierzę w to. prędzej mnie zwolnią i otworzę w krakowie wegańską knajpę (mój plan b).

motywacja spadła właśnie o wiele procent.

Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on TumblrShare on LinkedIn